Jakżebym miał nie ucałować tych dłoni. Nie wstawaj. Siedź sobie. Podejdę. Zapatrzę się w twoje oczy. Te łzy to ze szczęścia, prawda? Pan Władysław już człapie w tych swoich domowych kamaszach. A stał przed oknem, stał i przyglądał się.
W tych torbach przywieźliśmy wam owoce i kwaszoną kapustę. Od tej kobiety co zawsze. A tobie, babciu, specjalnie tę książkę, o którą prosiłaś. Ech, poczytamy sobie. Cóż z tego, że oczy nie te? Po to jesteśmy.
Pan Władysław odmieniony. Poznał tym razem, a nie zawsze rozpoznaje. Babunia wstaje. Jaka chyża.
- To ja podam herbaty - mówi - zobaczycie, co dla was upiekłam.
Niech zgadnę: rogaliki na francuskim cieście z nadzieniem różanym.
- Sama zbierała, sama zbierała - powtarza Władysław. Wita się, całuje. Z Elżbietą uściski wymieniają.
- Elu, jak miło, jak miło.
Radość serce ściska. Przysiada się.
Kuchnia dużą. Każdy się zmieści.
Elżbieta dobywa z torebek różności.
- Taki chciałeś? Taki? - podaje zegarek kieszonkowy na łańcuszku z zamykaną kopertą - można go nosić w wewnętrznej kieszeni marynarki albo przy kamizelce. Stary ale odnowiony. Posłuchaj jak tyka.
Władysław bierze go ręki, przymyka i odmyka pokrywę, zbliża do ucha, słucha. Oczy ma takie wielkie, takie ogromne.
- I każdego dnia, każdego dnia mam go nakręcać?
- Koniecznie - Elżbieta wie, że musiał być taki do codziennego nakręcania.
Co tam jeszcze jest w tej torbie?
- Patrz, jak dziadkowi dobrze będzie w tej koszuli - Elżbieta przykłada do torsu dziadka zapakowaną w przezroczystą filię koszulę. Stonowany beż. Będzie pasowała do koloru tego sweterka w serek.
Babunia z kolei przegląda książkę, z namaszczeniem, jak katechizm, choć obrazków brak, ale za to czcionka spora, jak raz na jej słaby wzrok.
- Zdobyłam dla ciebie sukienkę w takie malusieńkie białe groszki.
"Och", to przeciągłe "oooch" . Mówi, że zaraz przymierzy, ale stanęło na tym, że zrobi to później, po kolacji.
Pan Władysław wstaje nagle, do okna zmierza, przystaje, zapiera się dłońmi o parapet, patrzy przez szybę.
- On tak zawsze - tłumaczy babcia - przejdzie mu. Zaraz do nas powróci.
Władysław pyta nagle, czy coś się zmieniło, babunia odpowiada jak zwykle, że nie i trzeba czekać.
Babcia zwraca się do nas.
- Takie tam gadanie z nim, kiedy jest w innym świecie.
- Helu, ja budowałem tę fabrykę. Dlaczego światła się nie świecą?
Jaka żałość w jego oczach, jaki żal w tym pytaniu. Głowę przytyka doi szyby. Wypatruje świateł.
- Siadajcie, posilcie się - babcia wypowiada to w chwili, kiedy wrzątek został przez nią wlany do czajniczka z płatkami herbacianych liści.
Elżbieta wyjęła szklanki a babunia z tym porcelanowym czajniczkiem (że też się jeszcze nie potłukł) od jednej do drugiej szklaneczki przesuwa dziobek czajniczka i nalewa, nalewa. A jaki aromat?Esencja paruje, ciemna, tłusta mahoniowa.
Do mnie: - Tobie więcej, bo ty lubisz mocną, tak jak ja.
- Elżbieto, teraz zalej wrzątkiem.
Elżbieta zalewa. To już stało się rytuałem: babunia esencję, Elżbieta wodę.
Babunia otwiera drzwiczki spiżarki w ścianie i wydobywa kamionkowy garniec owinięty lnianym płótnem. Garnek ciężki, lecz babcia umiejętnie go unosi, przytulając do swego ciała i przenosi go delikatnie. patrzymy na ten błysk w jej oczach. Wreszcie stawia go na stole, zdejmuje płótno, otwierając zapach. Co za zapach?
- Władek, rogaliki. Ela cię bardzo prosi, abyś odszedł od tego okna i usiadł z nami.
Ela jest kluczem-wytrychem. Otwiera sezam dziadka. Ilekroć Władysław popada w to swoje zamyślenie, babunia zawsze przywołuje Elę.
- No, pomyśl, Władeczku, co sobie myśli Ela, kiedy widzi cię takim, gdy ty wciąż czegoś za tym oknem wypatrujesz, a z nią nie chcesz porozmawiać. Było - minęło.
Powraca, powraca. Szura kamaszami po jasnych, orzechowych deskach kuchennej podłogi. Coś jeszcze burczy pod nosem, że budował, lecz z każdym krokiem wydłuża wargi, kierując uśmiech w stronę Elżbiety. Wyjmuje zegarek z kieszeni spodni i przykłada do ucha.
- To bardzo dobrze, bardzo dobrze, że będę go codziennie nakręcał.
Rogaliki rzeczywiście i jak zwykle wspaniałe.
- Sama robiła. Sama robiła - powtarza dziadek, zapominając przez chwilę, że za oknem nie palą się światła fabryki, którą budował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz