MENU

Teksty jakie pojawiły się w ostatnim czasie wraz z bieżącymi

niedziela, 7 lutego 2021

LISTONOSZ

autor Duncan1890

LISTONOSZ 


- Co tam, panie kochany, jest dla mnie? - zapytał poprosiwszy, aby ten wszedł do środka i rozgościł się.

Cerata na kuchennym stole była starta, sterta gazet porządnie uporządkowana, no i oczywiście pośrodku stołu stały dwa kieliszki - pięćdziesiątki, czystej wódeczki.

- To pan nie wie, że dzisiaj, jak co miesiąc, jest bogaty?

- A wiem, panie Wiesiu, ja tylko tak… bardzo pan punktualny dzisiaj.

Listonosz usiadł na taborecie, jak zawsze od drzwi i zajął się dobywaniem z torby świeżutkich banknotów i monet. Łypnął okiem na środek stołu, palcami sprawnie przeliczał setki, pięćdziesiątki i dwudziestki, po czym wysupłał garstkę monet, które też przeliczył.

Józef, nie licząc pieniędzy, przesunął po ceracie piątaka w stronę pana Wiesia.

- Dziękuję, panie Józefie.

Józef uśmiechnął się zagadkowo.

- Dla pana to dzisiaj też szczęśliwy dzień. Wieleż panu zwykle dają?

- Po dwa złote dają - odparł pan Wiesio. - Oprócz pana, jeszcze tylko Kowalski daje pięć złociszy. Ale uzbiera się, panie Józefie, nie narzekam.

- No to, kochanieńki, najlepszego. Wypijmy.

Pan Wiesio spojrzał ze smakiem na stojącą bliżej niego pięćdziesiątkę, ale nie podniósł jeszcze kieliszka.

- Panie Józefie… rowerem jestem.

- A kto by tam listonosza kontrolował. Zawsze mi się pan wymiguje a ja zawsze upieram się przy swoim. Wypijmy.

Trącili się kieliszkami, wlali do gardeł ich zawartość i nieznacznie otrząsnęli się po wypiciu.

- Dobra, zimna wódeczka - pochwalił pan Wiesio.

- Jakże by mogła być inna. Dla tego, kto przynosi dobre nowiny - zawsze! Może ogóreczka? Ach, rozumiem, pan nie zakąsza pod pięćdziesiątkę… ja zresztą też nie.

- Panie Józefie, nie zawsze te nowiny są dobre. Zwłaszcza telegramy.

- Oj, tak. Telegramy nie są dobre - potwierdził Józef. - Moja żonka od pana wczesną wiosną dostała telegram. Pamięta pan? Podejść nie chciała, tylko mnie wypchnęła. Idź, mówi, ty emeryturę odbierasz, większą styczność masz z panem listonoszem. Tak mówiła, a ja w jej oczach widziałem lęk. No i dostała wiadomość o śmierci brata. 

- Tak… telegramy nie są dobre - pan Wiesio zamyślił się, po czym raptownie zabłysnęły mu oczy - Bym zapomniał. Mam dla wnuczka znaczki.

Sięgnął do jednej z przegródek w swej ciężkiej, pękatej, ciemnobrązowej torbie i wyjął z niej kopertę. Wysypał na stół jej zawartość: sześć czy siedem znaczków odciętych wraz z rogiem koperty.

- Z listów, panie Józefie, jak poproszę, to z reguły pozwalają brać te znaczki. Gorzej z pocztówkami. Nie chcą ich niszczyć.

- Piękne… francuski jeden, z brytyjską królową, austriacki… chłopak się ucieszy - zachwycał się pan Józef. - Panie Wiesiu, on namiętnie zbiera. Podobno już nawet w kioskach pokazały się takie pakiety stemplowanych znaczków, prawda to?

- A wie pan, że nie pomyślałem nad tym. Przecież poczta je też rozprowadza. Z następną emeryturą panu przyniosę.

- Niech pan przyniesie. Wnuczek ma zajęcie. Syn mu niedawno czwarty klaser kupił.

Listonosz powoli unosił swą smukłą postać z taboretu podpierając się mocno dłońmi.

- To ja już… - wyszeptał i głos mu się urwał.

- Już pan idzie? Obowiązki. Rozumiem. Jeszcze jedno osiedle przed panem.

- Tak, dobrze, że nie jest gorąco tak jak wczoraj.

Pan Wiesio wstał i zamknął torbę a w tym czasie pan Józef wsunął do kieszeni swojej kamizelki dwudziestozłotowy banknot.

- To taki mój zaskórniak. Reszta dla żonki.

- No tak… przyda się. A gdzie małżonka?

- Poszła po włoszczyznę do ogródka.

- Aha… proszę ją pozdrowić ode mnie. Mam nadzieję, że nie będę już musiał przynosić jej telegramu.

- Już samiuteńka na świecie została - westchnął pan Józef. - Ma mnie jednego… na szczęście, albo i nie…

- Na szczęście, panie Józefie. A co, źle jej z panem?

- Panie Wiesiu, ona jak ten miód, nie żona, a ja… ech… ja tylko pieniądze przez całe życie zarabiałem, ale tak po prawdzie to ona w tym domu najważniejsza… i jaka gospodarna, a ja… no ma się to i owo na sumieniu… no nie, panie Wiesiu, ja jej nigdy nie zdradziłem, co to to nie, ale czy byłem dla niej zawsze dobry? 

- Panie Józefie, takie jest życie.

Uścisnęli sobie dłonie.

- A ja, panie Wiesiu, ja to bardzo lubię, kiedy pan przychodzi… i wcale nie chodzi mi o to, że przynosi mi pan emeryturę. To nic, że wpada pan na te pięć minut, ale nawet te pięć minut… rozumie pan?

- Myślę, że rozumiem. No cóż czas na mnie. Już za miesiąc się spotkamy. Będę pamiętał o tych znaczkach.

Kiedy pan Wiesio zamknął za sobą drzwi wejściowe do mieszkania, pan Józef poczuł jakby ktoś odciął od jego płuc powietrze.


[Pisane 11.09.2016 w Sabadell pod Barceloną, Katalonia, w Hiszpanii]


[07.02.2021, Toruń]

czwartek, 28 stycznia 2021

ROGALIKI

 


Jakżebym miał nie ucałować tych dłoni. Nie wstawaj. Siedź sobie. Podejdę. Zapatrzę się w twoje oczy. Te łzy to ze szczęścia, prawda? Pan Władysław już człapie w tych swoich domowych kamaszach. A stał przed oknem, stał i przyglądał się.

W tych torbach przywieźliśmy wam owoce i kwaszoną kapustę. Od tej kobiety co zawsze. A tobie, babciu, specjalnie tę książkę, o którą prosiłaś. Ech, poczytamy sobie. Cóż z tego, że oczy nie te? Po to jesteśmy.

Pan Władysław odmieniony. Poznał tym razem, a nie zawsze rozpoznaje. Babunia wstaje. Jaka chyża.

- To ja podam herbaty - mówi - zobaczycie, co dla was upiekłam.

Niech zgadnę: rogaliki na francuskim cieście z nadzieniem różanym.

- Sama zbierała, sama zbierała - powtarza Władysław. Wita się, całuje. Z Elżbietą uściski wymieniają.

- Elu, jak miło, jak miło.

Radość serce ściska. Przysiada się.

Kuchnia dużą. Każdy się zmieści.

Elżbieta dobywa z torebek różności.

- Taki chciałeś? Taki? - podaje zegarek kieszonkowy na łańcuszku z zamykaną kopertą - można go nosić w wewnętrznej kieszeni marynarki albo przy kamizelce. Stary ale odnowiony. Posłuchaj jak tyka.

Władysław bierze go ręki, przymyka i odmyka pokrywę, zbliża do ucha, słucha. Oczy ma takie wielkie, takie ogromne.

- I każdego dnia, każdego dnia mam go nakręcać?

- Koniecznie - Elżbieta wie, że musiał być taki do codziennego nakręcania.

Co tam jeszcze jest w tej torbie?

- Patrz, jak dziadkowi dobrze będzie w tej koszuli - Elżbieta przykłada do torsu dziadka zapakowaną w przezroczystą filię koszulę. Stonowany beż. Będzie pasowała do koloru tego sweterka w serek.

Babunia z kolei przegląda książkę, z namaszczeniem, jak katechizm, choć obrazków brak, ale za to czcionka spora, jak raz na jej słaby wzrok.

- Zdobyłam dla ciebie sukienkę w takie malusieńkie białe groszki.

"Och", to przeciągłe "oooch" . Mówi, że zaraz przymierzy, ale stanęło na tym, że zrobi to później, po kolacji.

Pan Władysław wstaje nagle, do okna zmierza, przystaje, zapiera się dłońmi o parapet, patrzy przez szybę.

- On tak zawsze - tłumaczy babcia - przejdzie mu. Zaraz do nas powróci.

Władysław pyta nagle, czy coś się zmieniło, babunia odpowiada jak zwykle, że nie i trzeba czekać.

Babcia zwraca się do nas.

- Takie tam gadanie z nim, kiedy jest w innym świecie.

- Helu, ja budowałem tę fabrykę. Dlaczego światła się nie świecą?

Jaka żałość w jego oczach, jaki żal w tym pytaniu. Głowę przytyka doi szyby. Wypatruje świateł.

- Siadajcie, posilcie się - babcia wypowiada to w chwili, kiedy wrzątek został przez nią wlany do czajniczka z płatkami herbacianych liści.

Elżbieta wyjęła szklanki a babunia z tym porcelanowym czajniczkiem (że też się jeszcze nie potłukł) od jednej do drugiej szklaneczki przesuwa dziobek czajniczka i nalewa, nalewa. A jaki aromat?Esencja paruje, ciemna, tłusta mahoniowa.

Do mnie: - Tobie więcej, bo ty lubisz mocną, tak jak ja.

- Elżbieto, teraz zalej wrzątkiem.

Elżbieta zalewa. To już stało się rytuałem: babunia esencję, Elżbieta wodę.

Babunia otwiera drzwiczki spiżarki w ścianie i wydobywa kamionkowy garniec owinięty lnianym płótnem. Garnek ciężki, lecz babcia umiejętnie go unosi, przytulając do swego ciała i przenosi go delikatnie. patrzymy na ten błysk w jej oczach. Wreszcie stawia go na stole, zdejmuje płótno, otwierając zapach. Co za zapach?

- Władek, rogaliki. Ela cię bardzo prosi, abyś odszedł od tego okna i usiadł z nami.

Ela jest kluczem-wytrychem. Otwiera sezam dziadka. Ilekroć Władysław popada w to swoje zamyślenie, babunia zawsze przywołuje Elę.

- No, pomyśl, Władeczku, co sobie myśli Ela, kiedy widzi cię takim, gdy ty wciąż czegoś za tym oknem wypatrujesz, a z nią nie chcesz porozmawiać. Było - minęło.

Powraca, powraca. Szura kamaszami po jasnych, orzechowych deskach kuchennej podłogi. Coś jeszcze burczy pod nosem, że budował, lecz z każdym krokiem wydłuża wargi, kierując uśmiech w stronę Elżbiety. Wyjmuje zegarek z kieszeni spodni i przykłada do ucha.

- To bardzo dobrze, bardzo dobrze, że będę go codziennie nakręcał.

Rogaliki rzeczywiście i jak zwykle wspaniałe.

- Sama robiła. Sama robiła - powtarza dziadek, zapominając przez chwilę, że za oknem nie palą się światła fabryki, którą budował.

wtorek, 26 stycznia 2021

2. kOLEJNOŚĆ LOSÓW . SPOTKANIE DRUGIE - KAROL

 


Mazurska chata w Krutyni *

Przystanął.

- Jak panią spotykam w piątki na tej drodze, to od razu serce mi się raduje.

Pokiwała głową.

- I lżej. I znów po drzewo. Wieleż to razy pana widzę z tym drzewem z lasu. Ciężko, co? 

- Ja, pani Pazurowa, wszystko legalnie. Papiery na to drzewo od leśniczego mam.

Pomyślała sobie, że niepolitycznie się do niego odezwała, choć w gruncie rzeczy szło jej o to, że pan Karol nazbyt tymi kursami z lasu przeciążony.

- To nie tak, panie Karolu, nie oto mi szło. Przecież pan i do nas robił kursy i wiem, że na urąbek chodzi pan pod wskazane przez leśniczego miejsce.

- Zawsze, pani Mario. Ja chcę sobie pożyć po nowemu. Skończyłem z tamtym raz na zawsze. A gdyby nie ja, to przecież te króciaki poszłyby na ognisko. Leśniczy lubi porządek, ale i równy chłop, da zarobić, a jak zawiozę ludziom, to im cieplej będzie w chałupie.

- A pewnie, pewnie. Pamiętam, jak zeszłej jesieni przywiózł nam pan trzy wózki, to chyba wybrał pan najlepszego drzewa, gałęzie grube jak pniaki.

- To przecież z byle czym kursował nie będę, jeśli dobry pieniądz dają.

- To prawda. Pieniądz i ludzi trzeba szanować - stwierdziła i chociaż skoro jej było ruszyć w dalszą drogę do domu, zamyśliła się nad panem Karolem i jak zawsze, kiedy się z nim mijała na drodze, myślała o tym, że chłop zmarnował sobie życie, gdzież tam chłop, skromny urzędnik pocztowy, listonosz, choć pochodzący z sąsiedniej wioski, skąd wywodziła się jej rodzina. Ale stało się. Podpadł pod paragraf, za który dziś dożywocie dają. Dostał lat dwadzieścia, po piętnastu za dobre sprawowanie wyszedł, ale pójść nie miał gdzie, bo przez ten wstyd, jaki uczynił rodzinie z otwartymi ramionami go nie przyjęli. Po części mieli do tego prawo, bo Truskolaskich od tej zbrodni, jakiej dopuścił się ich syn, traktowali jak zadżumionych. Ledwie najbliżsi sąsiedzi i krewni tłumaczyli matce i ojcu Karola, że przecież nie oni są temu winni, nie oni na kryminalistę go wychowali.

Nie miał dokąd pójść, a tu jak raz w Przyborzu pomarł bezpotomnie Szczucki i zgodnie z prawem te trzy hektary gruntu, jakie po nim zostały, przypadły gminie. Ta ziemię sprzedała; sąsiadom z lewa i z prawa, po połowie, wyjąwszy kawałek sadu i ogrodu oraz rozpadające się zabudowania. Więcej zmartwienia z tą ruiną niż pożytku. Gdyby toto kto kupił za psi grosz, musiałby od razu rozwalić do reszty, a płacheć ogrodu i starego sadu głęboko zaorać. Sołtys, co Karola znał od małego szczenięcia, widząc, że nijak ułaskawiony rady sobie nie daje przy rodzinie, podejrzewał, że Karolowi, najczarniejszej owcy w obejściu Truskolaskich, przyjdzie utopić zmartwienia w wódce i zamiast pożyteczną pracą spłacić grzechy młodości, zmarnieje do cna i do kryminału pod byle pretekstem powróci. Onże podszepnął wójtowi, żeby w ramach pomocy w resocjalizacji tę ruinę Karolowi podarować. Niech się wykaże, że godzien jest bycia człowiekiem na wolności. Dach jako taki nad głową będzie miał, w obórce może hodować kury, ogródek skopie, zasieje, da Bóg, na początek przeżyje, a jak się okaże, że kłopotów sprawiać nie będzie, w ludziach, w sąsiadach taka moc, że pomogą zrobić z Karola człowieka. Wójt, czy to z litości, czy to będąc słowami sołtysa przekonany lubo też zachęcony dobrym słowem przez proboszcza (nastał nowy, młody, krew nie woda; stary, modlący się za zdrowie Franciszka zasnął w Panu pięć lat temu) zgodził się i przekonał radnych, aby zgodnie z prawem przeznaczyć upadłą posiadłość Karolowi, niech gospodarzy, a okaże się uczciwym obywatelem wioski, to i gmina pomoże nieborakowi wyjść na swoje.

I w ten właśnie sposób Karol Truskolaski narodził się ponownie. Dach chałupy ponaprawiał, omiótł obórki, zaorał ogród, nawet sztachety w płocie powymieniał. Żył najpierw z najemnych prac w polu u gospodarzy, zakupił kaczusie i kurczęta, i parę prosiaków. Nareszcie najął się na ręcznego wozaka i tym małym, drabiniastym wozem, ale na oponach, zwoził ludziom drzewo z lasu. Nie ma co mówić, robota ciężka, ale litościwe Niebiosa sprawiły, że las stanął ponad wsią na górce, przez co łatwiej mu było zwozić chrust i gałęzie do gospodarzy. Karol, gdy kto użalił się nad jego pracą, miał mówić, że pochyłość od lasu do wsi taka, że wózek sam jedzie i nie trzeba go poganiać, bardziej należy się martwić tym, aby przed domostwami zdołał go we właściwym miejscu zahamować.

Pożegnawszy się z Marią Karol energicznie pociągnął pusty wózek, minął kościół, dwa najdalej położone od centrum wioski zabudowania i już las miał na wyciągnięcie ramion. Myślał o tym, że przed nim w ten piątek jeszcze cztery kursy i będzie fajrant, i wróci do domu, sypnie ziarno ptactwo, nakarmi prosiaki, obrączkowane, które podrosły już na tyle, że na dobrą sprawę, można by je sprzedać na targu, puści radio i położy się na wznak na kanapie, czekając na sen, który przy słuchaniu muzyki przychodzi najłatwiej.

Ciągnąc swój wózek Karol marzył też o czymś innym. Leśniczy poznał go przez ten rok z odkładem na tyle, że może i spełni to, co kiedyś mu przyobiecał - da mu pracę przy wyrębie, dalej, w głębokim, przemysłowym lesie. Zarobek przyzwoity, nic że praca ciężka, ale z mechaniczną piłą, więc zawsze to lepsze niż bycie koniem pociągowym przy wózku, choć i na to zajęcie nie narzekał.

Przekraczając torowisko wiodące długą elipsoidalną linią wzdłuż ściany lasu, Karol pomyślał, że jeśli z pierwszym kursem wyrobi się na czas, to powracając do wsi przystanie w tym miejscu i przepuści osobowy pociąg do Warszawy. Osobowy, ale na nieodległej stacji w Borze nie przystawał; ta chwastem i mchem porosła, jednakowoż czy to z przyzwyczajenia, czy z racji długaśnego zakrętu, czy według ustaleń rozkładu, pociąg akurat w tym miejscu zwalnia tak bardzo, że można rozpoznać twarze jadących, przyklejone do szyb w przedziałach wagonów.

Słońce wzniosło już żółtawe ramiona i czuć było ciepło jego promieni, ale on w tym samym czasie wnikał w chłodną czeluść lasu. Kierował się w stronę wyrębowiska.

- Mój ty Boże - myślał sobie - wciąż o tym myślę i myślę, i przestać nie mogę. Gdybym tak mógł cofnąć czas. Nie narzekam na to, co mnie dzisiaj spotyka, o nie. Chociaż rodzina mnie odstąpiła, to są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie. To nieprawda, że ludzie są źli sami w sobie, tyle że nie każdy o tym wie i pomstując nad innymi, stają się takimi samymi jak ci, którymi gardzą. Miałem to szczęście, że dano mi szansę, ale, prawdę mówiąc, wcale nie musiałbym liczyć na ludzką litość i wyrozumiałość, gdyby nie tamto. Musiałem chyba skorzystać z twojej nieuwagi, Boże, że znalazłem się w niewłaściwym miejscu i czasie, gdy pod remizą, podczas zabawy ujrzałem tych dwoje. 

Jak ona mi się podobała, mój Boże, różyczka w najwytworniejszym ogrodzie, smagła, drobnokoścista, a w tańcu jak łania, a jakie zalotne spojrzenie, w mowie bystrosłowa, ech, śniła mi się po nocach, ale śmiałości do niej nie miałem. Jedynie, a i to nieczęsto, w tańcu, ale w tańcu każdy komplementy partnerce prawi, tymczasem ja… mnie przez gardło „kocham cię” przejść nie mogło. Cierpiałem każdego dnia, gdym widział ją z innym, ale wtedy, pod remizą, miarka się przebrała. Już nie tyle, że z innym była, ale on, on po prostu przymuszał ją do kochania, źle mówię - do kochania; on brał siłą jej niepokalane ciało, wdzierał się przemocą w jej wnętrze, rozdzierał bluzkę, ściągnął z jej ud spódnicę; opierała się, próbowała krzyczeć, lecz on położył swoją grubą i wielką dłoń na jej ustach, potem wgryzając się w jej wargi, brutalnie wtargnął tą samą dłonią pomiędzy jej uda, wiła się z bólu i przerażenia, wreszcie uległa. Nie mogłem stać bezczynnie. Ruszyłem ku niemu z pięściami, nie dbając o to, że jest ode mnie tęższy w barach, silniejszy i mógłby załamać mój kark jak zapałkę. Uderzyłem go raz i drugi. Ona w płacz. W okamgnieniu podciągnęła spódnicę i uciekła. Uciekała nie do ludzi, a w pole. Nie miałem czasu, aby spoglądać za nią. Zadałem jeszcze jeden cios, i jeszcze jeden. Otrząsnął się i natarł na mnie jak rozjuszone zwierzę. Poczułem cios w żołądek. Upadłem, a moja prawa dłoń namacała kamień i kiedy pochylił się nade mną, aby dokończyć niszczycielskiego dzieła zrównania mnie z ziemią, tym kamieniem ugodziłem go w skroń… potem jeszcze raz… i jeszcze… nie pamiętam, ile razy kamień posłuszny był mojej zemście.

Podczas rozprawy moja różyczka stwierdziła uroczyście, że i owszem, kochała się z nim, ale po dobrej woli i chociaż ten wąski pas ziemi pod jedną ze ścian remizy nie jest dla miłości miejscem najwłaściwszym, to oddała mu się tam bez oporów, wiedząc, że już niedługo rozpocznie z tamtym nowe życie, weźmie z nim ślub, bo przecież się kochali i marzyli o byciu razem. No i napatoczyłem się ja, zapewne zazdrosny o nią, choć nigdy niczego mi nie obiecywała; ruszyłem na niego z zemsty jak oszalały, starłem się z nim, a kiedy nie mogłem pięściami dać rady, posłużyłem się kamieniem… wtedy uciekła przerażona.

Nie miałem nic innego, prócz własnych słów na obronę, ale nie dano im wiary. Trup tamtego był oskarżycielem, kamień i zazdrość niepojęta dowodem.

Było, minęło. Poszedłem za kraty, a jeszcze tego samego roku moja smagła różyczka wyjechała, Bóg jeden wie, jak daleko. Chociaż to trudne, próbuję o niej zapomnieć.


A teraz, w ten piątkowy, nasączony słońcem jak gąbka wodą dzień, króciaki na wozie Karola ciążyły mniej niż zwykle, aż musiał przyhamowywać. Gdyby był młodszy i ciężkim doświadczeniem żywota nieprzywalony, pewnie po powrocie do wioski zachodziłby do każdej chałupy, aby pochwalić leśniczego, że przyobiecaną robotę przy wyrębie od niego dostał. Radowała się każda najdrobniejsza cząsteczka jego ciała, a kiedy przystanął przed przejazdem, czekając na osobowy do Warszawy, umyślił sobie tę swoją radość pokazać, jeśli nie może wiosce, to przynajmniej tym ludziom zamkniętym w ciele kolejowego węża.

A pociąg z zegarmistrzowską dokładnością pojawił się na zachodnim horyzoncie, pojawił się i zwalniał na długim i szerokim zakręcie wedle krawędzi lasu. Karol stał tak blisko przy torowisku, że w każdym z przejeżdżających mimo wagonów rozpoznawał ludzkie twarze. Uniósł w górę ramiona, podskakiwał jak młokos i w tej samej chwili napotkał w jednym z okiem zaciekawioną, młodziutką, smagłą twarzyczkę dziewczęcia, któremu nie dawał lat więcej niż piętnaście.

- Jakaś ty śliczna! - wykrzyknął i dalejże począł biec za tą twarzą, próbował ją doścignąć, co było, rzecz jasna, niemożliwością.


- Widziałaś, mamusiu, co ten pan wyprawia?

Matka siedząca naprzeciwko córki pod oknem, wpatrzona w zaokienny krajobraz, nie mogła nie zauważyć tego pana.

- Dziwak jakiś - stwierdziła beznamiętnie. - Ty mi tu, Cecylko, za wariatami się nie oglądaj. Obiecałaś powtórzyć historię. Weź się, dziecko do roboty.

* rysunek ze strony https://www.it.mragowo.pl/

[17.03.2018, La Chapelle-Saint-Aubert, Ille-et-Vilaine, Bretania, we Francji]

niedziela, 24 stycznia 2021

KOLEJNOŚĆ LOSÓW. SPOTKANIE PIERWSZE - MARIA

*


Babinka podąża tą drogą w każdy piątek. Stara jest i chudziutka. Stąpa krok za krokiem, a przejdzie dwa telefoniczne słupy - przystaje. Obiecała sobie zachodzić do kościółka prócz niedziel we wszystkie piątki, bo też piątek to taki szczególny dzień dla niej. Wieleż to lat upłynęło od tamtego? Ona ma siedemdziesiąt siedem, dwa lata młodsza od Franka. Tego choroba zmogła jak miał czterdzieści jeden. Pół żołądka mu wycięli, ale żeby tylko to. Powiedzieli jej, że musi się liczyć z najgorszym - jeśli rak żołądka nie zeżre, to przerzuci się na wątrobę, jelita; księdzu dać znać trzeba, bo jeśli medycyna bezsilna, to już tylko duchowna osoba wstawić się może za jej mężem, da Bóg, że cud jakiś wybłaga.Jakby piorun w nią strzelił, kiedy posłyszała od doktora, że nijakiej medycznej nadziei nie daje. Przysiadła na korytarzu. Oddziałowa dała jej kropelki na wodzie, pogłaskała po głowie, a jej się wydało, że ze dwadzieścia lat jak z bicza trzasnęło i postarzało ją po tej rozmowie z chirurgiem. Frankowi i dzieciom nie powie, co się mają zamartwiać.Szkoda go, wielka szkoda. Za młody na tułaczkę w tamtą stronę, a tu gospodarka spora, postawili na trzodę, mieli mechanizację wprowadzić, najmłodszy Marek do gospodarstwa się pali, ale sam rady nie da. Jak to po człowieku złe myśli biegają. Dopieroż chłop był na schwał, robotny, niepijący wiele, podporę w nim miała, choć przecie wziął ją bez posagu, uparł się i starym złego słowa nie dał na nią powiedzieć, że ani piaszczystej morgi, ani łąki w wianie nie wnosi, bo też i z czego to by miała, skoro u niej z dziada pradziada wszystkie parobczaki. Prawda, że po reformie od państwa dostali, ale sześcioro ich było, a w ich wsi małorolnych wielu, więc po sprawiedliwości dzieląc na gospodarska głowę niewiele zostało. Z Frankiem to co innego. Gospodarski syn i jedynak, więc po rodzicach ziemia miała przypaść tylko jemu; do tego Pazurowie to dobrzy gospodarze, tyle że marzyła im się inna synowa, z hektarami, nie byle dworusowa córka, co to Bóg jeden wie, na co wyrosła. Franek postawił jednak na swoim, udobruchał rodziców, zakazał im krzywo się patrzeć na Marię i w końcu nie minął rok, jak przekonali się do niej, że gospodarna, że jak ją ubrać po nowemu, to na wiejskich potańcówkach zakasze niejedne gminne piękności, a męża uszanuje.Teściom zmarło się jedno po drugim jakieś dwa lata przed Franka chorobą, choć mogli pożyć, ale kto tam wyroki boskie zrozumie.Pochlipała sobie na tym korytarzu, łzy rękawem wytarła i już odmieniona weszła do sali Franka. Drugą dobę był po operacji i nikt by nie powiedział, że pocięty na wszystkie strony leżał bez dechu dobre trzy godziny pod sklapelem. Silny organizm sprawił, że po tych dwóch dobach do przytomności nie byle jakiej wrócił i chociaż słabował przez te szwy, co go trzymały w cielesnej jedności, zaraz o gospodarstwo się rozpytał, czy stworzenia nakarmione, czy zwieźli siano z drugiego pokosu, o córkę, co na drugim roku weterynarii była pytał, o chłopców.. Maria bez zmrużenia oczu zapewniała, że wszystko u nich i dzieciaków, i w gospodarstwie ma się jak najlepiej, i tylko trzeba, aby słuchał się doktorów i jak każą do dom wracać, niech tylko da znać, to syn sąsiada, co na taksówce jeździ, przyobiecał, że choćby w nocy, to po Franka do szpitala pojedzie i w godzinkę do domu z nim powróci.Nie powiedziała mu o tym, że jeszcze tego samego dnia, gdy do domu autobusem przyjedzie, wstąpi na plebanię, aby poprosić proboszcza o wstawiennictwo za zdrowie dla męża. Jeszcze rozmawiając z Frankiem w szpitalu układała sobie, co księdzu powie. W jej sercu ból wespół z buntem toczyły z sobą walkę; ból był reakcją na usłyszany od doktora wyrok, bunt rozkazywał walczyć o zdrowie męża, choćby logicznie występnie, choćby bezsensownie.Była wierząca, to prawda, ale życie, zwłaszcza wtedy, gdy jeszcze nie poznała Franka, nauczyło ją bardziej liczyć na siebie, aniżeli pokładać nadzieję w boskim zmiłowaniu. Jej modlitwy były zwyczajne, nie dopominała się w nich szczególnego traktowania dla siebie i swojej rodziny, można powiedzieć, że nie wysilała się zanadto, nie prosiła o swoje, ot, przekonana o własnych słabościach, wiedziała, że jest zbyt mała, aby móc wymagać od Stwórcy czegoś, na co może i nie zasłużyła swoim życiem. Ale tym razem chodziło o życie jej męża. Proboszcz już podówczas był staruteńki, suchuteńki jak nie ksiądz, i jak nie ksiądz ludzki. Już ponad dwadzieścia lat zarządzał niewielką, bogobojną ale ubogą parafią. Nie dziwota więc, że wpisał się swoją nieskomplikowaną osobowością w życie parafian, którzy proboszcza tyleż szanowali, co współczuli mu tego biednego i pozbawionego perspektyw życia w samotności iście pustelniczej. A to, że nikogo młodego kuria na parafię nie dawała, to był w tym sens okrutny - niczego wielkiego na tym krańcu świata żaden ksiądz, do tego młody i na pieniądze wrażliwy, nie dorobi się, choćby nie wiadomo jak okazałą dzwonnicę miał pobudować, zresztą i tak nie miałby z czego.Proboszcza lubiano, bo nie wywyższał się nad wioskowe plemię, nie złorzeczył na świat, nie politykował, a jeśli miał jakąś niemiłą sprawę do kogoś, kto nie po bożemu się prowadził, to po mszy właściwej, w czasie wygłaszania parafialnych komunikatów, zapraszał z nazwiska tego i owego do zakrystii na rozmowę. Ale że nie tylko miał do pogadania z tymi, co boskie przykazania łamali, lecz także raczył się spotykać takimi, co wiedli życie według chrześcijańskich zasad, tedy lud w świątyni zgromadzony nigdy pewności nie miał, czy proboszcz zaprasza na niemiłą dla delikwenta pogawędkę, czy też zamierza mu podziękować za rzecz godną, która uszła uwadze parafian.Maria na zaproszenie nie czekała. Sama przyszła, tak jak umyśliła zaraz po powrocie ze szpitala. Późne piątkowe popołudnie było, słoneczne i gorące. Księdza spotkała w pasiece, kończył pszczół doglądanie, rad z ich pracowitości, która nie dalej jak przed tygodniem zaobfitowała krystalicznie przejrzystym a smacznym lipowym miodem, po który wieś schodziła się chętnie i równie ochoczo przepłacała za te litrowe słoje, wiedząc, że może tym sposobem wspomoże dzieło opieki swego pasterza, gdy na tacę papierowymi pieniędzmi się nie odwzajemniała, zwłaszcza zimą i na przednówku.Zasiedli tedy przy ogrodowym stole, wpośród starych renet, wśród zagonów kapusty, marchwi i pietruszki ustawionym; tu przyjemniej dzielić się dobrym słowem od wiosny po wczesną jesień.- Powiadasz więc, że Franciszek bardzo chory, tak bardzo, że aż łaski Niebios oczekuje - wyrzekł proboszcz.Przytaknęła, tłumiąc w sobie ból i panując nad powodzią łez, która już, już poczynała sięgać krawędzi tam powiek.- Myślisz, Mario, że moje wstawiennictwo, moja modlitwa więcej będzie znaczyć u Boga niż twoje błagania?- Tak właśnie myślę, księże proboszczu. Ja będę prosić o wyzdrowienie Franka każdego dnia i nocy, ale czym ja jestem względem Pana? Nędzną grzesznicą i lichwiarką? Czy mnie wysłucha, skoro zapominałam o nim, gdy było mi ciężko, nie pamiętałam o nim, gdy moje życie wypełniło się radością daną mi przez Franka?- Bóg nie jest pamiętliwy złego, a szczerej prośby wysłucha choćby od najpodlejszego nędznika. Zaufaj Mu i uwierz w moje słowa.- Jeśli ksiądz proboszcz tak mówi…- A mówię, bo sam wierzę, choć jakie zadania wyznacza Pan Bóg każdemu z nas, dociec trudno. Zaufajmy Mu oboje, że Franciszek nie jest w tej chwili Panu Naszemu niezbędny i wyratuje go z opresji, a i ciebie, Mario, nie opuści. A jednak strumień słonej wody spłynął po policzkach Marii.- Pomodlę się za Franciszka tak jak za rodzonego brata. Płacz, Mario. Płacz da ci ulgę.Poczuła wtedy, że bunt w jej sercu przeistoczył się z nienagła w postanowienie.- Obiecuję zachodzić do kościółka na każdą piątkową mszę poranną - powiedziała stanowczym głosem, a proboszcz ścisnąwszy jej wilgotną dłoń postanowił, że zmieni temat rozmowy, spróbuje osuszyć ciepłymi słowy jej oczy i dodać jej sił w tych tak bolesnych dla niej dniach.Ponad rok czekała na tę wiadomość. Jeździła z Frankiem do lekarzy, do szpitala, zawoziła na chemię, z drżącym sercem wysłuchiwała wyników kolejnych badań i w końcu któregoś piątku lekarz prowadzący męża, zaprosił do swego gabinetu ich oboje.- Jest pan, panie Franciszku, w czepku urodzony, albo pod jaką szczęśliwą gwiazdą - mówił. - Bywają takie chwile, gdy z medycznego punktu widzenia nie ma uzasadnienia dla ogłoszenia pozytywnych rokowań w kwestii choroby, jaka się panu przytrafiła. Powiem więcej, moje doświadczenie i wiedza nie zetknęły się dotychczas z przypadkiem tak jednoznacznie wskazującym na to, że pana dni miały być policzone. One, prawdę mówiąc, policzone są, ale jeszcze nie teraz. Wyniki wszystkich naszych badań, jakie panu zleciliśmy, wskazują na to, że pański organizm pokonał tę straszną chorobę i nic na to nie wskazuje, aby powróciła w dającym się przewidzieć czasie. Jest pan zdrów i jeśli tylko zastosuje się pan do naszych zaleceń względem właściwego trybu życia i odżywiania się, ma pan wielką szansę, aby nie trafić ponownie na mój oddział. Babinka wsparła się na balustradzie mostka, pod którym szumiała kamienista struga. W sercu nie czuła ni drżenia, ni bólu, tylko nogi odmawiały jej posłuszeństwa, a przecież chciała jak najszybciej dotrzeć do domu, zbudzić drzemiącego jeszcze Franka, nastawić wodę na herbatę, upichcić śniadanie właśnie w tej chwili, kiedy miała postąpić kolejnych kilkadziesiąt kroków naprzód, w stronę domu, na mostek wjechał wózek, ciągniony przez pana Karola, który od półtora roku mieszkał we wsi, cztery chałupy od jej i Franka domu.

* autorką rysunku jest pani Dagmara

[16.03.2018, Guignen i 17.03.2018, La Chapelle-Saint-Aubert, Ille-et-Vilaine, Bretania, we Francji]