Mazurska chata w Krutyni *
Przystanął.
-
Jak panią spotykam w piątki na tej drodze, to od razu serce mi się
raduje.
Pokiwała
głową.
-
I lżej. I znów po drzewo. Wieleż to razy pana widzę z tym drzewem
z lasu. Ciężko, co?
-
Ja, pani Pazurowa, wszystko legalnie. Papiery na to drzewo od
leśniczego mam.
Pomyślała
sobie, że niepolitycznie się do niego odezwała, choć w gruncie
rzeczy szło jej o to, że pan Karol nazbyt tymi kursami z lasu
przeciążony.
-
To nie tak, panie Karolu, nie oto mi szło. Przecież pan i do nas
robił kursy i wiem, że na urąbek chodzi pan pod wskazane przez
leśniczego miejsce.
-
Zawsze, pani Mario. Ja chcę sobie pożyć po nowemu. Skończyłem z
tamtym raz na zawsze. A gdyby nie ja, to przecież te króciaki
poszłyby na ognisko. Leśniczy lubi porządek, ale i równy chłop,
da zarobić, a jak zawiozę ludziom, to im cieplej będzie w
chałupie.
-
A pewnie, pewnie. Pamiętam, jak zeszłej jesieni przywiózł nam pan
trzy wózki, to chyba wybrał pan najlepszego drzewa, gałęzie grube
jak pniaki.
-
To przecież z byle czym kursował nie będę, jeśli dobry pieniądz
dają.
-
To prawda. Pieniądz i ludzi trzeba szanować - stwierdziła i
chociaż skoro jej było ruszyć w dalszą drogę do domu, zamyśliła
się nad panem Karolem i jak zawsze, kiedy się z nim mijała na
drodze, myślała o tym, że chłop zmarnował sobie życie, gdzież
tam chłop, skromny urzędnik pocztowy, listonosz, choć pochodzący
z sąsiedniej wioski, skąd wywodziła się jej rodzina. Ale stało
się. Podpadł pod paragraf, za który dziś dożywocie dają. Dostał
lat dwadzieścia, po piętnastu za dobre sprawowanie wyszedł, ale
pójść nie miał gdzie, bo przez ten wstyd, jaki uczynił rodzinie
z otwartymi ramionami go nie przyjęli. Po części mieli do tego
prawo, bo Truskolaskich od tej zbrodni, jakiej dopuścił się ich
syn, traktowali jak zadżumionych. Ledwie najbliżsi sąsiedzi i
krewni tłumaczyli matce i ojcu Karola, że przecież nie oni są
temu winni, nie oni na kryminalistę go wychowali.
Nie
miał dokąd pójść, a tu jak raz w Przyborzu pomarł bezpotomnie
Szczucki i zgodnie z prawem te trzy hektary gruntu, jakie po nim
zostały, przypadły gminie. Ta ziemię sprzedała; sąsiadom z lewa
i z prawa, po połowie, wyjąwszy kawałek sadu i ogrodu oraz
rozpadające się zabudowania. Więcej zmartwienia z tą ruiną niż
pożytku. Gdyby toto kto kupił za psi grosz, musiałby od razu
rozwalić do reszty, a płacheć ogrodu i starego sadu głęboko
zaorać. Sołtys, co Karola znał od małego szczenięcia, widząc,
że nijak ułaskawiony rady sobie nie daje przy rodzinie,
podejrzewał, że Karolowi, najczarniejszej owcy w obejściu
Truskolaskich, przyjdzie utopić zmartwienia w wódce i zamiast
pożyteczną pracą spłacić grzechy młodości, zmarnieje do cna i
do kryminału pod byle pretekstem powróci. Onże podszepnął
wójtowi, żeby w ramach pomocy w resocjalizacji tę ruinę Karolowi
podarować. Niech się wykaże, że godzien jest bycia człowiekiem
na wolności. Dach jako taki nad głową będzie miał, w obórce
może hodować kury, ogródek skopie, zasieje, da Bóg, na początek
przeżyje, a jak się okaże, że kłopotów sprawiać nie będzie, w
ludziach, w sąsiadach taka moc, że pomogą zrobić z Karola
człowieka. Wójt, czy to z litości, czy to będąc słowami sołtysa
przekonany lubo też zachęcony dobrym słowem przez proboszcza
(nastał nowy, młody, krew nie woda; stary, modlący się za zdrowie
Franciszka zasnął w Panu pięć lat temu) zgodził się i przekonał
radnych, aby zgodnie z prawem przeznaczyć upadłą posiadłość
Karolowi, niech gospodarzy, a okaże się uczciwym obywatelem wioski,
to i gmina pomoże nieborakowi wyjść na swoje.
I
w ten właśnie sposób Karol Truskolaski narodził się ponownie.
Dach chałupy ponaprawiał, omiótł obórki, zaorał ogród, nawet
sztachety w płocie powymieniał. Żył najpierw z najemnych prac w
polu u gospodarzy, zakupił kaczusie i kurczęta, i parę prosiaków.
Nareszcie najął się na ręcznego wozaka i tym małym, drabiniastym
wozem, ale na oponach, zwoził ludziom drzewo z lasu. Nie ma co
mówić, robota ciężka, ale litościwe Niebiosa sprawiły, że las
stanął ponad wsią na górce, przez co łatwiej mu było zwozić
chrust i gałęzie do gospodarzy. Karol, gdy kto użalił się nad
jego pracą, miał mówić, że pochyłość od lasu do wsi taka, że
wózek sam jedzie i nie trzeba go poganiać, bardziej należy się
martwić tym, aby przed domostwami zdołał go we właściwym miejscu
zahamować.
Pożegnawszy
się z Marią Karol energicznie pociągnął pusty wózek, minął
kościół, dwa najdalej położone od centrum wioski zabudowania i
już las miał na wyciągnięcie
ramion. Myślał o tym, że przed nim w ten piątek jeszcze cztery
kursy i będzie fajrant, i wróci do domu, sypnie ziarno ptactwo,
nakarmi prosiaki, obrączkowane, które podrosły już na tyle, że
na dobrą sprawę, można by je sprzedać na targu, puści radio i
położy się na wznak na kanapie, czekając na sen, który przy
słuchaniu muzyki przychodzi najłatwiej.
Ciągnąc
swój wózek Karol marzył też o czymś innym. Leśniczy poznał go
przez ten rok z odkładem na tyle, że może i spełni to, co kiedyś
mu przyobiecał - da mu pracę przy wyrębie, dalej, w głębokim,
przemysłowym lesie. Zarobek przyzwoity, nic że praca ciężka, ale
z mechaniczną piłą, więc zawsze to lepsze niż bycie koniem
pociągowym przy wózku, choć i na to zajęcie
nie narzekał.
Przekraczając
torowisko wiodące długą elipsoidalną linią wzdłuż ściany
lasu, Karol pomyślał, że jeśli z pierwszym kursem wyrobi się na
czas, to powracając do wsi przystanie w tym miejscu i przepuści
osobowy pociąg do Warszawy. Osobowy, ale na nieodległej stacji w
Borze nie przystawał; ta chwastem i mchem porosła, jednakowoż czy
to z przyzwyczajenia, czy z racji długaśnego zakrętu, czy według
ustaleń rozkładu, pociąg akurat w tym miejscu zwalnia tak bardzo,
że można rozpoznać twarze jadących, przyklejone do szyb w
przedziałach wagonów.
Słońce
wzniosło już żółtawe ramiona i czuć było ciepło jego
promieni, ale on w tym samym czasie wnikał w chłodną czeluść
lasu. Kierował się w stronę wyrębowiska.
-
Mój ty Boże - myślał sobie - wciąż o tym myślę i myślę, i
przestać nie mogę. Gdybym tak mógł cofnąć czas. Nie narzekam na
to, co mnie dzisiaj spotyka, o nie. Chociaż rodzina mnie odstąpiła,
to są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie. To nieprawda, że
ludzie są źli sami w sobie, tyle że nie każdy o tym wie i
pomstując nad innymi, stają się takimi samymi jak ci, którymi
gardzą. Miałem to szczęście, że dano mi szansę, ale, prawdę
mówiąc, wcale nie musiałbym liczyć na ludzką litość i
wyrozumiałość, gdyby nie tamto. Musiałem chyba skorzystać z
twojej nieuwagi, Boże, że znalazłem się w niewłaściwym miejscu
i czasie, gdy pod remizą, podczas zabawy ujrzałem tych dwoje.
Jak
ona mi się podobała, mój Boże, różyczka w najwytworniejszym
ogrodzie, smagła, drobnokoścista, a w tańcu jak łania, a jakie
zalotne spojrzenie, w mowie bystrosłowa, ech, śniła mi się po
nocach, ale śmiałości do niej nie miałem. Jedynie, a i to
nieczęsto, w tańcu, ale w tańcu każdy komplementy partnerce
prawi, tymczasem ja… mnie przez gardło „kocham cię” przejść
nie mogło. Cierpiałem każdego dnia, gdym widział ją z innym, ale
wtedy, pod remizą, miarka się przebrała. Już nie tyle, że z
innym była, ale on, on po prostu przymuszał ją do kochania, źle
mówię - do kochania; on brał siłą jej niepokalane ciało,
wdzierał się przemocą w jej wnętrze, rozdzierał bluzkę,
ściągnął z jej ud spódnicę; opierała się, próbowała
krzyczeć, lecz on położył swoją grubą i wielką dłoń na jej
ustach, potem wgryzając się w jej wargi, brutalnie wtargnął tą
samą dłonią pomiędzy jej uda, wiła się z bólu i przerażenia,
wreszcie uległa. Nie mogłem stać bezczynnie. Ruszyłem ku niemu z
pięściami, nie dbając o to, że jest ode mnie tęższy w barach,
silniejszy i mógłby załamać mój kark jak zapałkę. Uderzyłem
go raz i drugi. Ona w płacz. W okamgnieniu podciągnęła spódnicę
i uciekła. Uciekała nie do ludzi, a w pole. Nie miałem czasu, aby
spoglądać za nią. Zadałem jeszcze jeden cios, i jeszcze jeden.
Otrząsnął się i natarł na mnie jak rozjuszone zwierzę. Poczułem
cios w żołądek. Upadłem, a moja prawa dłoń namacała kamień i
kiedy pochylił się nade mną, aby dokończyć niszczycielskiego
dzieła zrównania mnie z ziemią, tym kamieniem ugodziłem go w
skroń… potem jeszcze raz… i jeszcze… nie pamiętam, ile razy
kamień posłuszny był mojej zemście.
Podczas
rozprawy moja różyczka stwierdziła uroczyście, że i owszem,
kochała się z nim, ale po dobrej woli i chociaż ten wąski pas
ziemi pod jedną ze ścian remizy nie jest dla miłości miejscem
najwłaściwszym, to oddała mu się tam bez oporów, wiedząc, że
już niedługo rozpocznie z tamtym nowe życie, weźmie z nim ślub,
bo przecież się kochali i marzyli o byciu razem. No i napatoczyłem
się ja, zapewne zazdrosny o nią, choć nigdy niczego mi nie
obiecywała; ruszyłem na niego z zemsty jak oszalały, starłem się
z nim, a kiedy nie mogłem pięściami dać rady, posłużyłem się
kamieniem… wtedy uciekła przerażona.
Nie
miałem nic innego, prócz własnych słów na obronę, ale nie dano
im wiary. Trup tamtego był oskarżycielem, kamień i zazdrość
niepojęta dowodem.
Było,
minęło. Poszedłem za kraty, a jeszcze tego samego roku moja smagła
różyczka wyjechała, Bóg jeden wie, jak daleko. Chociaż to
trudne, próbuję o niej zapomnieć.
A
teraz, w ten piątkowy, nasączony słońcem jak gąbka wodą dzień,
króciaki na wozie Karola ciążyły mniej niż zwykle, aż musiał
przyhamowywać. Gdyby był młodszy i ciężkim doświadczeniem
żywota nieprzywalony, pewnie po powrocie do wioski zachodziłby do
każdej chałupy, aby pochwalić leśniczego, że przyobiecaną
robotę przy wyrębie od niego dostał. Radowała się każda
najdrobniejsza cząsteczka jego ciała, a kiedy przystanął przed
przejazdem, czekając na osobowy do Warszawy, umyślił sobie tę
swoją radość pokazać, jeśli nie może wiosce, to przynajmniej
tym ludziom zamkniętym w ciele kolejowego węża.
A
pociąg z zegarmistrzowską dokładnością pojawił się na
zachodnim horyzoncie, pojawił się i zwalniał na długim i szerokim
zakręcie wedle krawędzi lasu. Karol stał tak blisko przy
torowisku, że w każdym z przejeżdżających mimo wagonów
rozpoznawał ludzkie twarze. Uniósł w górę ramiona, podskakiwał
jak młokos i w tej samej chwili napotkał w jednym z okiem
zaciekawioną, młodziutką, smagłą twarzyczkę dziewczęcia,
któremu nie dawał lat więcej niż piętnaście.
-
Jakaś ty śliczna! - wykrzyknął i dalejże począł biec za tą
twarzą, próbował ją doścignąć, co było, rzecz jasna,
niemożliwością.
-
Widziałaś, mamusiu, co ten pan wyprawia?
Matka
siedząca naprzeciwko córki pod oknem, wpatrzona w zaokienny
krajobraz, nie mogła nie zauważyć tego pana.
-
Dziwak jakiś - stwierdziła beznamiętnie. - Ty mi tu, Cecylko, za
wariatami się nie oglądaj. Obiecałaś powtórzyć historię. Weź
się, dziecko do roboty.
* rysunek ze strony https://www.it.mragowo.pl/
[17.03.2018,
La Chapelle-Saint-Aubert, Ille-et-Vilaine, Bretania, we Francji]