MENU

Teksty jakie pojawiły się w ostatnim czasie wraz z bieżącymi

niedziela, 7 lutego 2021

LISTONOSZ

autor Duncan1890

LISTONOSZ 


- Co tam, panie kochany, jest dla mnie? - zapytał poprosiwszy, aby ten wszedł do środka i rozgościł się.

Cerata na kuchennym stole była starta, sterta gazet porządnie uporządkowana, no i oczywiście pośrodku stołu stały dwa kieliszki - pięćdziesiątki, czystej wódeczki.

- To pan nie wie, że dzisiaj, jak co miesiąc, jest bogaty?

- A wiem, panie Wiesiu, ja tylko tak… bardzo pan punktualny dzisiaj.

Listonosz usiadł na taborecie, jak zawsze od drzwi i zajął się dobywaniem z torby świeżutkich banknotów i monet. Łypnął okiem na środek stołu, palcami sprawnie przeliczał setki, pięćdziesiątki i dwudziestki, po czym wysupłał garstkę monet, które też przeliczył.

Józef, nie licząc pieniędzy, przesunął po ceracie piątaka w stronę pana Wiesia.

- Dziękuję, panie Józefie.

Józef uśmiechnął się zagadkowo.

- Dla pana to dzisiaj też szczęśliwy dzień. Wieleż panu zwykle dają?

- Po dwa złote dają - odparł pan Wiesio. - Oprócz pana, jeszcze tylko Kowalski daje pięć złociszy. Ale uzbiera się, panie Józefie, nie narzekam.

- No to, kochanieńki, najlepszego. Wypijmy.

Pan Wiesio spojrzał ze smakiem na stojącą bliżej niego pięćdziesiątkę, ale nie podniósł jeszcze kieliszka.

- Panie Józefie… rowerem jestem.

- A kto by tam listonosza kontrolował. Zawsze mi się pan wymiguje a ja zawsze upieram się przy swoim. Wypijmy.

Trącili się kieliszkami, wlali do gardeł ich zawartość i nieznacznie otrząsnęli się po wypiciu.

- Dobra, zimna wódeczka - pochwalił pan Wiesio.

- Jakże by mogła być inna. Dla tego, kto przynosi dobre nowiny - zawsze! Może ogóreczka? Ach, rozumiem, pan nie zakąsza pod pięćdziesiątkę… ja zresztą też nie.

- Panie Józefie, nie zawsze te nowiny są dobre. Zwłaszcza telegramy.

- Oj, tak. Telegramy nie są dobre - potwierdził Józef. - Moja żonka od pana wczesną wiosną dostała telegram. Pamięta pan? Podejść nie chciała, tylko mnie wypchnęła. Idź, mówi, ty emeryturę odbierasz, większą styczność masz z panem listonoszem. Tak mówiła, a ja w jej oczach widziałem lęk. No i dostała wiadomość o śmierci brata. 

- Tak… telegramy nie są dobre - pan Wiesio zamyślił się, po czym raptownie zabłysnęły mu oczy - Bym zapomniał. Mam dla wnuczka znaczki.

Sięgnął do jednej z przegródek w swej ciężkiej, pękatej, ciemnobrązowej torbie i wyjął z niej kopertę. Wysypał na stół jej zawartość: sześć czy siedem znaczków odciętych wraz z rogiem koperty.

- Z listów, panie Józefie, jak poproszę, to z reguły pozwalają brać te znaczki. Gorzej z pocztówkami. Nie chcą ich niszczyć.

- Piękne… francuski jeden, z brytyjską królową, austriacki… chłopak się ucieszy - zachwycał się pan Józef. - Panie Wiesiu, on namiętnie zbiera. Podobno już nawet w kioskach pokazały się takie pakiety stemplowanych znaczków, prawda to?

- A wie pan, że nie pomyślałem nad tym. Przecież poczta je też rozprowadza. Z następną emeryturą panu przyniosę.

- Niech pan przyniesie. Wnuczek ma zajęcie. Syn mu niedawno czwarty klaser kupił.

Listonosz powoli unosił swą smukłą postać z taboretu podpierając się mocno dłońmi.

- To ja już… - wyszeptał i głos mu się urwał.

- Już pan idzie? Obowiązki. Rozumiem. Jeszcze jedno osiedle przed panem.

- Tak, dobrze, że nie jest gorąco tak jak wczoraj.

Pan Wiesio wstał i zamknął torbę a w tym czasie pan Józef wsunął do kieszeni swojej kamizelki dwudziestozłotowy banknot.

- To taki mój zaskórniak. Reszta dla żonki.

- No tak… przyda się. A gdzie małżonka?

- Poszła po włoszczyznę do ogródka.

- Aha… proszę ją pozdrowić ode mnie. Mam nadzieję, że nie będę już musiał przynosić jej telegramu.

- Już samiuteńka na świecie została - westchnął pan Józef. - Ma mnie jednego… na szczęście, albo i nie…

- Na szczęście, panie Józefie. A co, źle jej z panem?

- Panie Wiesiu, ona jak ten miód, nie żona, a ja… ech… ja tylko pieniądze przez całe życie zarabiałem, ale tak po prawdzie to ona w tym domu najważniejsza… i jaka gospodarna, a ja… no ma się to i owo na sumieniu… no nie, panie Wiesiu, ja jej nigdy nie zdradziłem, co to to nie, ale czy byłem dla niej zawsze dobry? 

- Panie Józefie, takie jest życie.

Uścisnęli sobie dłonie.

- A ja, panie Wiesiu, ja to bardzo lubię, kiedy pan przychodzi… i wcale nie chodzi mi o to, że przynosi mi pan emeryturę. To nic, że wpada pan na te pięć minut, ale nawet te pięć minut… rozumie pan?

- Myślę, że rozumiem. No cóż czas na mnie. Już za miesiąc się spotkamy. Będę pamiętał o tych znaczkach.

Kiedy pan Wiesio zamknął za sobą drzwi wejściowe do mieszkania, pan Józef poczuł jakby ktoś odciął od jego płuc powietrze.


[Pisane 11.09.2016 w Sabadell pod Barceloną, Katalonia, w Hiszpanii]


[07.02.2021, Toruń]